Strona główna » Padel aktualności » Jak zdobyliśmy akredytację na turniej Premier Padel? Kulisy wyjazdu do Valencii

Jak zdobyliśmy akredytację na turniej Premier Padel? Kulisy wyjazdu do Valencii

Autor: Maksymilian Krzyżanowski
23 czerwca, 2026

Zdradzę Wam trochę prywaty – uwielbiam Hiszpanię. Byłem tam już kilka razy i regularnie wracam, gdy tylko nadarzy się okazja. Jakieś trzy miesiące temu, niedługo po założeniu portalu, na którym właśnie jesteśmy, pomyślałem, że chętnie wybrałbym się tam ponownie na krótki urlop. Wspomniałem o tym Mikołajowi, który od razu podchwycił pomysł.

Kilka dni później wpadła mi do głowy kolejna myśl: a gdyby tak połączyć wakacje z padlem? Zacząłem więc sprawdzać kalendarz i szukać terminu, który pozwoliłby nam zarówno trochę odpocząć, jak i zobaczyć na żywo turniej z cyklu Premier Padel Tour. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwości wybór okazał się dość prosty – Valencia P1, rozgrywana w dniach 8–14 czerwca.

Akredytacja? Warto spróbować

Początkowo nasz plan był prosty – kupić bilety na jeden dzień i zrelacjonować wydarzenie z trybun. Pozostało tylko odpowiedzieć sobie na pytanie: którą fazę turnieju wybrać? Warto dodać, że miał to być nasz pierwszy kontakt z turniejem Premier Padel na żywo.

Kierowaliśmy się jednym kryterium – chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej meczów na jak najwyższym poziomie. Ostatecznie wybór padł na ćwierćfinały. To etap, na którym poziom sportowy jest już wyraźnie wyższy niż we wcześniejszych rundach, a jednocześnie do obejrzenia pozostaje znacznie więcej spotkań niż podczas półfinałów czy finałów.

Mniej więcej miesiąc przed turniejem wpadliśmy jednak na kolejny pomysł. A gdyby tak spróbować zdobyć akredytację medialną? Wydawało się, że mamy na to pewne szanse. Prowadzimy przecież portal, na którym regularnie publikujemy treści, a do tego rozwijamy profil na Instagramie, który również systematycznie zyskuje odbiorców.

Zaczęliśmy więc działać. Pierwszym etapem było wypełnienie formularza zgłoszeniowego z podstawowymi informacjami o naszej działalności. Postanowiliśmy zawnioskować o akredytację na sobotnie półfinały i niedzielne finały, licząc na to, że uda się ją otrzymać przynajmniej na jeden z tych dni. Jednocześnie, aby zabezpieczyć się na wypadek niepowodzenia, kupiliśmy bilety na piątkowe ćwierćfinały.

Zakupu dokonaliśmy około dwóch tygodni przed rozpoczęciem turnieju. Wybraliśmy miejsca za tylną szybą kortu, w czwartym rzędzie od dołu. Cena jednego biletu wyniosła 60 euro i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że były to bardzo dobrze wydane pieniądze.

Widok z trybun podczas ćwierćfinałów

Widoczność była znakomita. Z tej perspektywy mogliśmy doskonale obserwować ustawienie zawodników, pracę nóg, ułożenie ciała przy poszczególnych zagraniach oraz niesamowite kąty, pod jakimi potrafili uderzać piłkę. Co więcej, momentami dało się nawet usłyszeć wskazówki i uwagi, które gracze przekazywali sobie gracze między punktami.

Słodko-gorzka odpowiedź od organizatorów

Odpowiedź w sprawie akredytacji długo nie nadchodziła. Na szczęście zakupione wcześniej bilety sprawiły, że podchodziliśmy do całej sytuacji ze znacznie większym spokojem. Wiedzieliśmy, że niezależnie od decyzji organizatorów i tak będziemy mogli śledzić turniej na żywo z perspektywy trybun.

Mówiąc szczerze, z czasem pogodziliśmy się z myślą, że odpowiedź prawdopodobnie już do nas nie dotrze. Aż tu nagle, 11 czerwca – w dniu naszego przylotu do Valencii i zaledwie dzień przed ćwierćfinałami – o godzinie 21:09 otrzymaliśmy wiadomość z decyzją. Było to niecałe 13 godzin przed rozpoczęciem pierwszego meczu.

Akredytacja została przyznana!

Był jednak pewien haczyk. Zamiast na półfinały lub finały, na które składaliśmy wniosek, otrzymaliśmy ją… na ćwierćfinały. Tak, dokładnie na ten dzień, na który mieliśmy już kupione bilety. Organizatorzy wyjaśnili, że zainteresowanie akredytacjami na sobotę i niedzielę było wyjątkowo duże, dlatego nie mogli pozytywnie rozpatrzyć naszego zgłoszenia na te dni.

Mimo wszystko dominowała radość. Akredytacja oznaczała bowiem dostęp do strefy medialnej, a więc możliwość znalezienia się znacznie bliżej zawodników i zawodniczek niż zwykły kibic. To właśnie tam mieliśmy szansę zobaczyć turniej od kulis i nawiązać bezpośredni kontakt z najlepszymi graczami świata.

Dodatkowo warto wspomnieć, że zamiast dwóch akredytacji, o które wnioskowaliśmy, otrzymaliśmy tylko jedną. Nie stanowiło to jednak większego problemu, ponieważ jeden z nas mógł korzystać z akredytacji, a drugi z wcześniej zakupionego biletu.

Rozeznanie terenu

Poprosiliśmy, aby akredytacja została wystawiona na mnie, a Mikołaj wszedł na obiekt na podstawie wcześniej zakupionego biletu. Przy jej odbiorze zapytałem, jakie konkretnie korzyści daje posiadanie akredytacji medialnej. W praktyce były dwie.

Pierwszą stanowiły miejsca na trybunach przeznaczone dla mediów. Znajdowały się również za kortem, choć nieco pod kątem. Były całkiem dobrze usytuowane, ale to nie one wzbudziły moje największe zainteresowanie. Znacznie ciekawszą korzyścią był dostęp do strefy medialnej i sali konferencyjnej, do której po każdym meczu udawała się zwycięska para.

Zaraz po wejściu na obiekt postanowiłem sprawdzić, jak wygląda to miejsce od środka. Sala konferencyjna znajdowała się na poziomie -1. W rzeczywistości były to dwa pomieszczenia. Pierwsze, mniejsze, pełniło funkcję zaplecza dla dziennikarzy. Czekał tam drobny poczęstunek, nielimitowana woda oraz różne rodzaje napojów marki Red Bull. Drugie pomieszczenie było już właściwą salą konferencyjną, gdzie zawodnicy odpowiadali na pytania przedstawicieli mediów. Zaznaczę w tym miejscu, że od ćwierćfinałów dziennikarze nie mają możliwości indywidualnych rozmów z zawodnikami. Robi to jedynie osoba oddelegowana przez Premier Padel.

Sala konferencyjna

Kolejnym punktem mojego planu było odnalezienie osoby odpowiedzialnej za media i upewnienie się, czy na pewno nie ma żadnej możliwości uzyskania akredytacji również na weekendowe półfinały i finały. Po rozmowie z Martą, która zajmowała się tym tematem po stronie organizatorów, sytuacja pozostała jednak bez zmian. Usłyszeliśmy dokładnie to samo, co wcześniej zostało napisane w mailu – ogromne zainteresowanie i brak wolnych miejsc.

Cóż, przynajmniej mieliśmy świadomość, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. W każdym razie tak wtedy myśleliśmy.

Pierwsza polska akredytacja

Po debiutanckiej konferencji prasowej, podczas której zadałem pytanie Sofii Araujo, poznałem Davida Moreno Bateta. Hiszpan jest menadżerem ds. PR i komunikacji w Premier Padel. Po krótkiej rozmowie postanowiłem jeszcze raz spróbować swoich sił. Zapytałem, czy istnieje choć cień szansy na uzyskanie akredytacji również na sobotnie półfinały. Nie zamierzałem odpuszczać. David odpowiedział, że sprawdzi, co da się zrobić, i odezwie się w najbliższym czasie.

Sofia Araujo (z lewej) jako pierwsza odpowiedziała na nasze pytanie

Przy okazji wspomniał coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć. Powiedział, że do tej pory na żadnym turnieju Premier Padel nie pojawiło się polskie medium z akredytacją. Kojarzył co prawda, że ktoś z Polski kiedyś ją otrzymał, ale ostatecznie nie przyjechał na zawody.

Nie ukrywam, że była to całkiem miła informacja. Jeszcze większe zaskoczenie czekało mnie jednak około godzinę później. Zadzwoniła do mnie wspomniana wcześniej Marta z informacją, że udało się znaleźć miejsce i możemy otrzymać akredytację również na kolejny dzień turnieju.

Był tylko jeden problem. Akredytacja nadal była tylko jedna, a nas w Valencii było dwóch. Nie zamierzaliśmy jednak narzekać. Jeszcze kilka godzin wcześniej byliśmy przekonani, że nasza przygoda z turniejem w Hiszpanii zakończy się na ćwierćfinałach. Teraz otrzymaliśmy szansę, by zajrzeć za kulisy także podczas półfinałów. Takiej okazji po prostu nie mogliśmy przepuścić.

Wchodzę na kort (prawie)

Sobota pod względem naszej pracy przy turnieju wyglądała bardzo podobnie do piątku. Mecz, konferencja, mecz, konferencja – i tak przez cały dzień.

Wracając jeszcze do dnia poprzedniego, to muszę jednak uczciwie przyznać, że podczas piątkowych konferencji nieco się stresowałem. Dodatkowo wyróżniałem się wśród pozostałych dziennikarzy, ponieważ byłem jedyną osobą nieposługującą się językiem hiszpańskim. W praktyce oznaczało to, że jako jedyny zadawałem pytania po angielsku.

Nie mogę powiedzieć, że w sobotę wchodziłem na konferencje prasowe jak do siebie i nagle złapałem pełen luz, ale było zdecydowanie lepiej. Czułem się znacznie pewniej, a sam stres był już dużo mniejszy.

Największą atrakcją tego dnia okazała się jednak możliwość wejścia w okolice kortu po zakończeniu ostatniego półfinału. Mogłem usiąść na ławce zawodników, zobaczyć arenę z zupełnie innej perspektywy i choć przez chwilę poczuć, jak wygląda rzeczywistość profesjonalnych padlistów i padlistek. To było fantastyczne doświadczenie. Trudno mi nawet wyobrazić sobie emocje, jakie muszą towarzyszyć zawodnikom, gdy wychodzą na ten kort przy komplecie publiczności.

Wygodne mają te fotele

Na zakończenie dnia czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. David zapytał, czy byłbym zainteresowany akredytacją również na finały. Moja odpowiedź była oczywiście twierdząca.

Mój nowy hiszpański znajomy z Premier Padel powiedział, że da mi znać następnego ranka. I wiecie co? Po raz kolejny informacja zwrotna była pozytywna! Szczęście naprawdę nie przestawało się do nas uśmiechać podczas tego wyjazdu.

Z kim rozmawialiśmy?

Dzięki pomocy Davida mogliśmy być obecni na wszystkich meczach i konferencjach prasowych – od ćwierćfinałów aż po same finały. Trudno było wymarzyć sobie lepszy scenariusz.

Co ciekawe, w większości par tylko jeden z zawodników lub zawodniczek mówił po angielsku. Zależało mi na zadawaniu pytań właśnie w tym języku, ponieważ znacząco ułatwiało i przyspieszało późniejsze tłumaczenie odpowiedzi publikowanych przez nas na Instagramie. Z tego powodu nie miałem okazji porozmawiać między innymi z Federico Chingotto czy Agustínem Tapią. Mimo to trudno czuć niedosyt, bo na moje pytania odpowiedzieli:

  • Sofia Araujo
  • Alejandro Galan (dwukrotnie)
  • Arturo Coello (dwukrotnie)
  • Franco Stupaczuk

Szczególnie ucieszyła mnie możliwość rozmowy z Franco Stupaczukiem. Od dawna byłem ciekaw historii, która związana jest z jego polskimi korzeniami, którym zawdzięcza przydomek „El Polaco”. W tym przypadku musiałem jednak skorzystać z pomocy Davida, ponieważ Franco nie mówi po angielsku.

Migeul Yanguas i Franco Stupaczuk (z prawej)

Odpowiedź Argentyńczyka była bardzo ciekawa – jego dziadek pochodził z Polski i wyemigrował do Argentyny w czasie II wojny światowej. Sam Stupaczuk od jakiegoś czasu posiada polskie obywatelstwo – można więc żartobliwie powiedzieć, że mamy swojego człowieka w Premier Padel. Dało się jednak wyczuć, że polski paszport miał dla niego przede wszystkim praktyczne znaczenie, ponieważ ułatwiał życie i pracę w Europie.

Po konferencji udało mi się nawet zamienić kilka słów z jednym z najlepszych padlistów świata. Franco powiedział mi, że odwiedził Poznań, skąd pochodziła jego rodzina, oraz Warszawę. Oba miasta bardzo mu się spodobały. Na koniec zbiliśmy piątkę.

Jeśli chodzi o atmosferę panującą w sali konferencyjnej, nie mogę powiedzieć złego słowa o żadnym zawodniku ani zawodniczce. Można było odnieść wrażenie, że są to po prostu normalni ludzie, którzy akurat grają w padla na najwyższym poziomie. Nie było mowy o gwiazdorzeniu, zniecierpliwieniu czy sprawianiu wrażenia, że obecność na konferencji jest dla nich przykrym obowiązkiem.

Mimo wielu pytań ze strony dziennikarzy zawodnicy odpowiadali rzetelnie, wyczerpująco i często z uśmiechem. Dobrym przykładem był Alejandro Galan. Jego angielski jest komunikatywny, choć daleko mu do perfekcji, a mimo to za każdym razem dawał z siebie wszystko, by dokładnie odpowiedzieć na moje pytania. Takie podejście naprawdę robiło wrażenie.

Magiczna atmosfera na hali

Oczywiście crème de la crème całego wyjazdu stanowiły same mecze. Nie będę ich tutaj relacjonował, bo to już za nami. Chciałbym jednak podzielić się kilkoma wrażeniami z oglądania światowego padla na żywo.

Przede wszystkim jest to doświadczenie zupełnie inne niż śledzenie spotkań przed ekranem. Na miejscu można dostrzec mnóstwo detali, które umykają transmisjom telewizyjnym. Dopiero z trybun widać, jak szybko poruszają się zawodnicy, jak niewiele mają czasu na reakcję i jak niewiarygodne kąty potrafią generować przy swoich uderzeniach.

Do tego dochodzi atmosfera na hali. Hiszpańscy kibice potrafią stworzyć naprawdę wyjątkowy klimat. Regularnie można było usłyszeć gwizdy czy buczenie pod adresem któregoś z zawodników, by chwilę później ci sami kibice nagradzali go brawami za świetną akcję. Podczas meczów Federico Chingotto i Alejandro Galana przez halę raz za razem niosło się gromkie: „Chingo, Chingo, Chingo…”.

Podczas większości spotkań hala była wypełniona do ostatniego miejsca

Największe emocje wzbudzał jednak Francisco Navarro. Pochodzący z Andaluzji „Paquito” był absolutnym ulubieńcem publiczności podczas swojego ćwierćfinału. Choć ostatecznie odpadł z turnieju na tym etapie, to wsparcie płynące z trybun było naprawdę imponujące.

Czy z perspektywy czasu decyzja o zakupie biletów na ćwierćfinały była słuszna? Tak, choć pod koniec dnia odczuwałem już lekki przesyt. Wpływ miała na to przede wszystkim długość całej sesji. Wiele spotkań było bardzo wyrównanych, szczególnie w rywalizacji kobiet, co sprawiało, że kolejne godziny spędzone na trybunach zaczynały dawać się we znaki.

Jeżeli wybiorę się kiedyś na kolejny turniej Premier Padel i będę miał do dyspozycji tylko jeden dzień, prawdopodobnie postawię na półfinały. Najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się jednak połączenie półfinałów z finałami rozgrywanymi następnego dnia.

Na koniec czekało mnie Superclasico. Oglądanie go z wysokości trybun to tak naprawdę zupełnie inny sport niż ten, który znamy z transmisji telewizyjnych. Tempo, emocje i poziom gry robią ogromne wrażenie. Do tego dochodzi ceremonia dekoracji zwycięzców, która stanowi idealne zwieńczenie całego turnieju.

Ceremonia wręczenia pucharów wygranym parom

Mamy szczerą nadzieję, że nasza pierwsza relacja bezpośrednio z turnieju Premier Padel nie była tą ostatnią. Valencia tylko rozbudziła nasze apetyty!

© 2026 PadelNET. All rights reserved.
Polityka prywatności