
Przyznamy uczciwie – myśl o piątkowych meczach półfinałowych nie podnosiła nam ciśnienia i nie rozgrzewała nas do czerwoności. Brakowało hitowego spotkania, w którym szanse byłyby rozłożone po równo. Zarówno w pierwszym meczu pomiędzy parami Yanguas / Stupaczuk a Alonso / Tello, jak i w drugim, w którym Chingotto i Galan zmierzyli się z Nieto i Sanzem, faworyci byli dość wyraźni.
Czy mimo to doszło do niespodzianek i setów pełnych emocji? Odpowiemy enigmatycznie – i tak, i nie. Nie brakowało momentów napięcia i zwrotów akcji, które potrafiły utrzymać kibiców w niepewności. Choć wyniki w dużej mierze potwierdziły przewidywania, emocji na korcie zdecydowanie nie zabrakło.
Początek spotkania, w którym Federico Chingotto i Alejandro Galan podejmowali Jorge Nieto i Jona Sanza miał bardzo wyrównany przebieg. Obie pary pewnie wygrywały swoje gemy serwisowe, prezentując przy tym kibicom momentami naprawdę długie i widowiskowe wymiany. Znakomicie w mecz wszedł Galan, który często decydował się na mocne uderzenia z góry, imponując przy tym ich skutecznością. Z kolei jego partner wyglądał na początku dość nerwowo, kilkukrotnie myląc się przy, wydawałoby się, łatwych piłkach.

Kluczowym momentem pierwszego seta był szósty gem, w którym doszło do jedynego w tej partii przełamania na korzyść duetu „Chingalan”. „Coki” Nieto i Jon Sanz nie byli w stanie na to odpowiedzieć, przez co ostatecznie przegrali 3:6. Taki scenariusz nie mógł dziwić – przez cały set nie potrafili realnie zagrozić przy serwisie rywali.
Po stronie szóstej pary świata według rankingu FIP wyraźnie brakowało przede wszystkim skutecznych smaszy. O ile brak tego typu uderzeń u Jorge Nieto nie jest niczym zaskakującym – to zawodnik znany ze spokoju, precyzji i cierpliwości – o tyle znacznie więcej można było w tym elemencie oczekiwać od Jona Sanza. Ten praktycznie nie kończył akcji mocnymi uderzeniami z góry. A bez tego trudno myśleć o pokonaniu tak wymagającego duetu jak Chingotto i Galan.
Drugi set półfinału rozgrywanego na otwartych kortach w Gizie obfitował w ciekawe wydarzenia i wyraźne zwroty akcji. Był to fragment meczu, w którym inicjatywa przechodziła z jednej strony na drugą. Początek należał zdecydowanie do faworytów piątkowego starcia. Bez większych problemów dwukrotnie przełamali rywali i objęli prowadzenie 4:1. Wydawało się, że spotkanie zakończy się w ciągu kilkunastu minut.
Wtedy jednak „Super Mysz” i Ale Galan rozegrali najsłabszy gem w całym meczu, ponownie podłączając do tlenu Nieto i Sanza. W szeregach drugiej pary świata pojawiło się wyraźne rozprężenie, które przeciwnicy natychmiast wykorzystali. Nie mrugnęliśmy dwa razy i z wyniku 4:1 zrobiło się 4:4. Był to oczywiście efekt drugiego z rzędu przełamania. Tym razem kluczową rolę odegrał Jon Sanz, który w końcu pokazał się ze świetnej strony i potwierdził, dlaczego bywa często nazywany „Speedym Gonzalezem”.

Jak się jednak okazało, był to tylko chwilowy zryw. W kolejnym gemie 25-letni Hiszpan wrócił do nierównej, momentami nerwowej gry z poprzedniej części meczu. Decydujący okazał się dziewiąty gem, w którym dwa jego błędy przesądziły o przełamaniu na korzyść duetu Chingotto / Galan. Faworyci nie wypuścili już przewagi z rąk i pewnie domknęli seta wynikiem 6:4, awansując do finału.
Czy Federico Chingotto i Alejandro Galan zagrali dziś wybitne lub choćby bardzo dobre spotkanie? Zdecydowanie nie. Czy można było to wykorzystać i pokonać ich w tym meczu? Równie zdecydowanie – tak.
Statystyki tylko potwierdzają te wnioski. W całym spotkaniu popularny „Chingo” popełnił aż 14 niewymuszonych błędów, co jak na jego standardy jest wynikiem rzadko spotykanym. Nie oznacza to jednak, że rozegrał słaby mecz – w wielu sytuacjach imponował grą w obronie, a przy siatce tradycyjnie był bardzo skuteczny. Mimo to nie ulega wątpliwości, że dzisiejsze zwycięstwo w dużej mierze było zasługą jego partnera. Alejandro Galan po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na przydomek „Galantico”, biorąc na siebie ciężar gry w kluczowych momentach.
Jednakże patrząc na nieco odbiegającą od standardów dyspozycję Federico Chingotto, można odnieść wrażenie, że druga para świata była dziś w zasięgu rywali. Taki scenariusz nie mógł się jednak ziścić, jeśli zawodnik odpowiedzialny głównie za ofensywę w swoim duecie zawodził. Jon Sanz przez całe spotkanie skutecznie zakończył zaledwie trzy akcje smaszem, zdobył piętnaście „winnerów”, a przy tym popełnił aż siedemnaście niewymuszonych błędów. To liczby, które jasno pokazują, dlaczego on i jego partner nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę.
Dla Sanza to bez wątpienia występ, o którym będzie chciał jak najszybciej zapomnieć.
Chronologicznie pierwszy półfinał, w którym zmierzyły się pary Yanguas / Stupaczuk oraz Alonso / Tello, nie należał do szczególnie emocjonujących. Całe spotkanie trwało niewiele ponad godzinę i zakończyło się pewnym zwycięstwem pierwszego z duetów 2:0 (6:1, 6:4).
Dzisiejsi przegrani rozegrali tym samym swoje ostatnie wspólne spotkanie. Po turnieju w Gizie ich drogi się rozchodzą, jednak zakończenie współpracy na etapie półfinału należy uznać za solidny wynik i udane zwieńczenie nie do końca udanego projektu.
Finałowy mecz mężczyzn zaplanowano nie wcześniej niż na godzinę 17:30 czasu polskiego. Jego rozpoczęcie może się jednak nieco opóźnić – wszystko zależy od długości spotkania kobiet, które rozpoczną rywalizację o tytuł o 16:00.
W finale pań naprzeciw siebie staną Delfi Brea i Gemma Triay oraz Paula Josemaria w parze z Beą Gonzalez. Zapowiada się bardzo wyrównane i widowiskowe starcie czołowych zawodniczek światowego padla.
Niestety, transmisja z obu finałów nie będzie dostępna w Polsce. Kibice chcący śledzić te mecze na żywo będą musieli skorzystać z VPN i obejrzeć spotkania za pośrednictwem platformy RedBull TV.