
Pierwszy występ reprezentacji Polski na Młodzieżowych Mistrzostwach Europy pokazał, że nasi juniorzy mają jeszcze sporo do nadrobienia względem najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Sam wynik nie oddaje jednak pełnego obrazu, gdyż za kulisami dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy. O tym, na jakim etapie znajduje się dziś polski padel juniorski, jakie wyzwania stoją przed środowiskiem i co jest potrzebne, aby w przyszłości skutecznie rywalizować z europejską czołówką, rozmawiamy z Wojciechem Grzywaczem – członkiem Komisji Rewizyjnej Polskiego Związku Padla oraz osobą w dużej mierze odpowiedzialną za rozwój padla juniorskiego w Polsce.

Jak ocenisz wynik sportowy osiągnięty przez polską reprezentację na Młodzieżowych Mistrzostwach Europy? Łącznie sześć wygranych setów i tylko dwa zwycięskie mecze, które są zasługą dobrej gry duetu U14.
Krótko mówiąc, wszystko zależy od perspektywy. Jeśli patrzymy wyłącznie na wynik, to trudno uznać go za satysfakcjonujący. Jednak szerszy kontekst wygląda znacznie lepiej. Trzeba pamiętać, na jakim etapie rozwoju znajduje się polski padel w porównaniu z europejską czołówką. Obecnie naszą najmocniejszą grupą jest reprezentacja U14. To właśnie tam mamy pary, które zaczynają rywalizować z najlepszymi jak równy z równym, co było widać nawet w przegranych spotkaniach.
W kategoriach U16 i U18 poziom jest już naprawdę bardzo wysoki. Myślę, że nawet zawodnicy z czołowej dwudziestki polskiego rankingu seniorów mieliby problem z pokonaniem reprezentacji U18 z najsilniejszych krajów. Warto też zwrócić uwagę na okoliczności niektórych meczów. Na przykład w spotkaniu z Estonią wystawiliśmy pary rezerwowe, więc sam wynik nie oddaje w pełni naszego potencjału.

Jasne, mam tego świadomość. Mówimy jednak o teoretycznie drugich najmocniejszych parach w swoich kategoriach wiekowych, które łącznie wygrały z Estonią tylko jednego seta. To przecież nie są przypadkowi zawodnicy.
To prawda, ale ci zawodnicy są praktycznie bez doświadczenia międzynarodowego. Dla większości z nich był to pierwszy występ na tak dużej imprezie. Estonia uczestniczyła już w Mistrzostwach Europy w 2024 roku, podczas gdy Polska dopiero zdobywa doświadczenie. W ubiegłym roku po raz pierwszy wystąpiliśmy na Juniorskich Mistrzostwach Świata, a cały wyjazd został zorganizowany i w stu procentach sfinansowany przez rodziców i darczyńców. Z kolei tegoroczne Mistrzostwa Europy były naszym debiutem w tej imprezie. Trzeba też pamiętać, że młodzieżowe rozgrywki padla w Polsce odbywają się dopiero drugi sezon. Jesteśmy więc na początku drogi i dopiero budujemy zaplecze oraz doświadczenie na poziomie międzynarodowym.
Jaki jest tego powód? Polska Federacja Padla działa przecież od 2017 roku, podobnie z resztą jak jej estoński odpowiednik.
Przede wszystkim taki, że jeszcze kilka lat temu padel w Polsce był znacznie mniej rozwinięty. Kortów było niewiele, a prawdziwy boom nastąpił właśnie dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat. Wraz z nim zaczęły powstawać kolejne kluby i akademie. Trudno więc oczekiwać, żeby dzieci grały w padla trzy czy cztery lata temu, skoro nie miały do tego odpowiednich warunków. Wcześniej Polska Federacja nie organizowała rozgrywek juniorskich, bo po prostu nie było wystarczającej liczby młodych zawodników. Dziś sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Powstają akademie – w Toruniu, Warszawie przy Legii, na Śląsku czy w Szczecinie i w wielu innych miejscach. To właśnie one będą szkolić kolejne pokolenia zawodników. Tych dzieci będzie coraz więcej, ale rozwój wymaga czasu i nie da się tego procesu przyspieszyć.
Jak wyglądały początki juniorskiego padla w Polsce? Co wydarzyło się dwa lata temu, że wszystko zaczęło nabierać tempa?
Wszystko zaczęło się od moich rozmów z Bartkiem Wiśniewskim, obecnym prezesem Polskiego Związku Padla. Chcieliśmy wysłać naszych juniorów w 2024 roku na Mistrzostwa Europy na Węgrzech, żeby dać dzieciom możliwość rywalizacji na międzynarodowym poziomie. Szybko jednak okazało się, że trudno znaleźć odpowiednią liczbę młodych zawodników regularnie grających w padla. Ostatecznie nie udało się wystawić reprezentacji. Doszliśmy wtedy do wniosku, że trzeba zacząć od podstaw. Choć nie byliśmy członkami Federacji, jako rodzice zgłosiliśmy się z pytaniem, dlaczego nic nie dzieje się w obszarze szkolenia dzieci. Usłyszeliśmy: „Jeśli chcecie, to przygotujcie wszystko i zróbcie to sami”. Postanowiliśmy więc wziąć sprawy w swoje ręce i tu trzeba wspomnieć, że ze strony Federacji wspierał nas bardzo Wojtek Dworzyński. Przygotowaliśmy regulaminy, porozumieliśmy się z klubami i zorganizowaliśmy finansowanie – częściowo z własnych środków, a częściowo dzięki wsparciu rodziców i klubów. Co warto podkreślić, wszystko odbyło się w ścisłej współpracy z trenerami, którzy już wtedy zajmowali się szkoleniem dzieci, czyli z Basią Maciochą ze Szczecina, Adamem Pajestką ze Śląska oraz Gabrysiem Bilińskim z Warszawy. Zaczęliśmy organizować turnieje dla dzieci, żeby mogły ze sobą rywalizować, dobierać się w pary i zdobywać doświadczenie.
To szybko przyniosło efekty. Kiedy pojawiły się regularne rozgrywki, dzieci zobaczyły, jaki jest ich poziom na tle rówieśników. To naturalnie zmotywowało je do częstszych treningów i szybszego rozwoju. W ten sposób powstał Polish Padel Tour Junior pod patronatem Polskiej Federacji Padla. W tym roku, już jako Polski Związek Padla, zorganizowaliśmy cykl Junior Series Tour.
Czy jesteście zadowoleni z frekwencji na turniejach juniorskich?
To zależy od lokalizacji. Są miejsca, w których zainteresowanie jest bardzo duże, a są też takie, gdzie frekwencja jest mniejsza. Dla nas to również cenna lekcja i element budowania całego systemu. Cały czas uczymy się, które lokalizacje najlepiej sprawdzają się przy organizacji turniejów. Bardzo cieszy mnie natomiast rozwój rywalizacji wśród dziewczynek. W pierwszym roku praktycznie ich nie było, kilka z nich grało razem z chłopcami. W tym sezonie, na prośbę rodziców, zdecydowaliśmy się zorganizować osobny turniej dla dziewcząt. Na razie nie dzielimy ich jeszcze na kategorie wiekowe, ponieważ uczestniczek jest zbyt mało. Zwykle zgłasza się cztery–pięć par, ale najważniejsze jest to, że mogą już rywalizować między sobą. To przyniosło konkretne efekty. Dzięki temu udało się stworzyć grupę zawodniczek, które mogły po raz pierwszy pojechać na Mistrzostwa Europy. Jeszcze niedawno nie było to możliwe. To bardzo dobry sygnał. W polskich sportach rakietowych, takich jak tenis, dziewcząt trenuje nawet więcej niż chłopców. Nie wiem, czy w padlu będzie podobnie, ale mam nadzieję, że ich liczba będzie systematycznie rosła.
Czy Wasze działania przełożyły się na wzrost poziomu sportowego juniorów w Polsce?
Widzimy wyraźny wzrost poziomu w ciągu ostatniego roku. Dobrym przykładem są mecze z reprezentacjami innych krajów. Bartek Wiśniewski był na tych Mistrzostwach Europy i mówił, że spotkanie z Duńczykami było zdecydowanie bardziej wyrównane niż mecz z tym samym rywalem podczas ubiegłorocznych Mistrzostw Świata. To pokazuje, że robimy postęp i zaczynamy coraz bardziej zbliżać się do poziomu innych reprezentacji. Jeszcze dużo pracy przed nami, ale kierunek jest właściwy i widać, że zawodnicy rozwijają się bardzo szybko.
Pytanie, czy inne kraje nie uciekają szybciej, niż my staramy się gonić.
Myślę, że nie. Jeśli skupimy się wyłącznie na wynikach, można odnieść takie wrażenie, ale sytuacja jest bardziej złożona. Warto spojrzeć głębiej na kontekst tych mistrzostw. Po pierwszych meczach było już wiadomo, że nie awansujemy dalej, ponieważ do głównej fazy przechodziła tylko jedna drużyna. Trener naszej reprezentacji, Mateusz Miroński, chciał pewnie dać wszystkim zawodnikom możliwość gry. Skoro dzieci przyjechały na turniej za własne pieniądze, najważniejsze było dla niego, żeby zdobyły doświadczenie. W takich imprezach liczą się nie tylko umiejętności techniczne, ale również obycie z presją, radzenie sobie w trudnych momentach i granie przeciwko mocniejszym rywalom. To doświadczenie jest niezwykle ważne, szczególnie na początku drogi zawodniczej. Zapewne dlatego trener zdecydował się dać szansę wszystkim zawodnikom, nawet jeśli poziom poszczególnych par był zróżnicowany.
Dobrym przykładem są Gustaw Olczak i David Ferreyra. Rok temu na Mistrzostwach Świata nie wygrali żadnego meczu w kategorii U14, a w tym roku podczas Mistrzostw Europy odnieśli już dwa zwycięstwa. To pokazuje, jak dużo daje udział w dużej imprezie, zdobycie doświadczenia oraz regularna gra na zagranicznych turniejach, między innymi w Hiszpanii i Portugalii. Dzięki temu zawodnicy robią postęp i nabierają pewności siebie. Jeśli porównamy liczbę zawodników w kategoriach U14, U16 i U18 w Polsce oraz Estonii, to różnica nie jest tak duża, jak mogłoby się wydawać. Polska jest krajem kilkanaście razy większym od Estonii, a mimo to liczba aktywnie grających juniorów jest obecnie bardzo podobna. W polskich rankingach znajduje się wiele osób, które pojawiły się tylko raz na turnieju i później już nie kontynuowały gry. Dlatego na ten moment naszym największym wyzwaniem nie jest poziom sportowy, ale liczba dzieci regularnie trenujących i grających w padla. Musimy po prostu zbudować większą bazę zawodników.

Jaki macie na to pomysł? Planujecie dodatkowe działania promujące padel wśród dzieci i młodzieży?
Dla nas najważniejszym narzędziem promocji są przede wszystkim turnieje. To właśnie poprzez rywalizację dzieci poznają ten sport, rozwijają się i przyciągają kolejne osoby. Dużą rolę odgrywają też nasze działania w mediach społecznościowych – na profilu Polish Padel Junior pokazujemy, co się dzieje i dzięki temu docieramy do kolejnych zawodników. Widzimy, że na każdy turniej przychodzą nowe twarze. Oczywiście bardzo dużo zależy od klubów. To one działają lokalnie, mają kontakt z dziećmi i rodzicami, tworzą akademie oraz zachęcają młodych zawodników do rozpoczęcia treningów. My na ten moment nie mamy dużych możliwości finansowych – nie otrzymujemy środków z Ministerstwa Sportu ani zewnętrznego finansowania, dlatego ogromną pracę wykonują właśnie kluby. I trzeba przyznać, że robią to bardzo dobrze. Powstaje coraz więcej akademii i liczba dzieci grających w padla rośnie.
Teraz największym wyzwaniem jest przeprowadzenie tych nowych zawodników przez pierwsze etapy rozwoju. Różnica między dzieckiem, które zaczęło grać dwa lata temu, a takim, które dopiero zaczyna, jest ogromna. Jeśli zawodnik trenujący od pół roku trafia na turnieju na kogoś, kto gra już dwa lata, wynik może być bardzo jednostronny – na przykład 6:0, 6:1. To może zniechęcać zarówno dzieci, jak i rodziców. Wielu z nich woli poczekać, aż dziecko nabierze większych umiejętności, zanim zacznie jeździć na turnieje. Moim zdaniem to nie jest najlepsza droga. Rywalizacja z rówieśnikami, nawet jeśli początkowo wiąże się z porażkami, jest jednym z najważniejszych elementów rozwoju. To właśnie podczas turniejów dzieci uczą się najwięcej i najszybciej robią postępy.
Czego najbardziej brakuje polskim zawodnikom w porównaniu z ich rówieśnikami z Danii czy Wielkiej Brytanii, z którymi nasza reprezentacja przegrała swoje mecze?
Przede wszystkim brakuje im ogrania na dużych, międzynarodowych imprezach. Nie chodzi tylko o turnieje rangi mistrzowskiej, ale również o zawody takie jak FIP Promises, w których regularnie uczestniczy właściwie tylko kilku naszych zawodników – np. Antek Wiśniewski i Gustaw Olczak dobrze radzili sobie z zawodnikami Portugalii, którzy zakończyli Młodzieżowe Mistrzostwa Europy na 4 miejscu.
Drugim elementem jest liczba godzin treningowych. Kiedy rozmawiam ze znajomymi ze środowiska padlowego z Czech, Litwy czy Estonii, słyszę, że tam młodzi zawodnicy trenują zazwyczaj od sześciu do dziesięciu godzin tygodniowo. U nas wygląda to inaczej. Jeśli spojrzymy na grupę najlepszych juniorów, to poza trzema, może czterema zawodnikami – z czego trzech trenuje już za granicą – większość osób poświęca na trening raczej od dwóch do czterech godzin tygodniowo. Wspomniany Antek jest przykładem zawodnika, który trenuje w akademii w Hiszpanii około 30 godzin tygodniowo. I właśnie taka regularność oraz liczba godzin spędzonych na korcie robią ogromną różnicę.
Co należy zrobić, żebyśmy w Polsce dorównali do tej średniej europejskiej w godzinach treningowych?
Najlepsi nasi zawodnicy już zaczynają doganiać europejski poziom. Antek Wiśniewski, Krystian Wojno, Kornel Nowaczewski czy duet Dawid Ferreyra i Gustaw Olczak prezentują naprawdę dobry poziom. Dwóch naszych najlepszych czternastolatków trenuje obecnie za granicą – w Hiszpanii i Portugalii – dzięki czemu rywalizują na wyższym poziomie na treningach i turniejach. Tam padel jest po prostu bardziej rozwinięty. Jest więcej zawodników, więc jest też więcej lokalnych rozgrywek, w których młodzi gracze mogą regularnie rywalizować i zdobywać doświadczenie.
U nas kluczową kwestią jest znalezienie odpowiedniego finansowania, żeby dzieci mogły trenować i startować w turniejach na podobnych zasadach jak ich rówieśnicy z innych krajów. Różnica w kosztach szkolenia jest ogromna. Jeśli porównamy cenę godziny treningu z trenerem i kortem w Hiszpanii oraz w Polsce, to nie jest to niewielka różnica – to jest wręcz przepaść. Bez większego wsparcia finansowego trudno będzie zwiększyć liczbę godzin treningowych i stworzyć zawodnikom warunki do dalszego rozwoju.

Z czego wynikają tak duże różnice w kosztach treningów?
Przede wszystkim z poziomu rozwoju rynku. W krajach, gdzie padel jest już bardzo popularny, rynek jest znacznie bardziej nasycony – jest dużo trenerów, dużo zawodników i dużo większa konkurencja. To naturalnie wpływa na ceny treningów. W Polsce ten rynek dopiero się buduje. Liczba klubów bardzo dynamicznie rośnie dopiero od około dwóch lat, wcześniej obiektów było zdecydowanie mniej. Mamy też stosunkowo niewielką liczbę trenerów i zawodników, więc cały system szkolenia jest jeszcze na wcześniejszym etapie rozwoju.
Umożliwienie zawodnikom większej liczby godzin treningowych oraz udziału w międzynarodowych turniejach wymaga dużych nakładów finansowych, o czym sam mówisz. Czy jako Polski Związek Padla macie pomysł, w jaki sposób pozyskiwać środki na ten cel?
Staramy się działać w tym kierunku najlepiej, jak potrafimy. Pierwszym krokiem były warsztaty szkoleniowe z udziałem znakomitego trenera Jose Solano. Dla dzieci były one całkowicie bezpłatne – udało nam się pozyskać finansowanie, dzięki czemu zawodnicy mogli skorzystać z dodatkowego szkolenia bez ponoszenia kosztów. Tutaj wielkie podziękowania dla Tomka Smokowskiego i fundacji Wybiegaj w Przyszłość, która sfinansowała to wydarzenie.
Obecnie planujemy organizację kolejnej edycji warsztatów we współpracy z Akademią Solano. Mamy nadzieję, że uda się je ponownie zrealizować – najprawdopodobniej w październiku – oraz pozyskać kolejnych sponsorów.
Warsztaty szkoleniowe raz na pół roku nawet z najlepszym trenerem na świecie nie rozwiążą problemów, o których rozmawiamy.
Na ten moment wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie rozwiązać tych problemów wyłącznie własnymi środkami. Rodzice już teraz dokładają tyle, ile mogą. Każdy zawodnik trenuje tyle, na ile pozwalają mu możliwości finansowe jego rodziny. Dlatego uważam, że bardzo dużo pracy jest jeszcze przed Federacją. Przede wszystkim musimy doprowadzić do tego, żeby padel został oficjalnie uznany jako dyscyplina sportowa przez Ministerstwo Sportu. Obecnie, zgodnie z polskimi przepisami, padel nie funkcjonuje jeszcze jako oficjalnie uznana dyscyplina. Dopiero wtedy będziemy mogli realnie ubiegać się o środki publiczne i dotacje, które pozwolą stworzyć zawodnikom lepsze warunki rozwoju. Bez takiego wsparcia trudno będzie zrobić kolejny krok i zapewnić młodym zawodnikom odpowiednią liczbę treningów oraz startów w turniejach.
A sponsorzy?
Oczywiście sponsorzy prywatni są ważni, podobnie jak w każdym innym sporcie – w tenisie czy innych dyscyplinach. Natomiast trudno oczekiwać, że tylko dzięki nim uda się zbudować kompleksowy program szkoleniowy na dużą skalę. Prywatne środki mogą pomóc wesprzeć konkretnych zawodników czy pojedyncze inicjatywy, ale stworzenie poważnego programu, który pozwoliłby na przykład odciążyć finansowo najlepszych zawodników w każdej kategorii wiekowej, wymaga znacznie większego finansowania. Przy obecnych kosztach treningów na polskim rynku potrzebne są środki na poziomie, którego sami prywatni sponsorzy prawdopodobnie nie będą w stanie zapewnić. Dlatego tak ważne jest również wsparcie systemowe i możliwość korzystania z finansowania publicznego.
Ilu juniorów mogłaby realnie wspierać finansowo organizacja odpowiedzialna za rozwój padla w Polsce?
Realnie uważam, że mogłoby to być około czterech–sześciu zawodników w każdej kategorii wiekowej – oczywiście przy założeniu pozyskania odpowiednich środków, na przykład z Ministerstwa Sportu. Chodzi przede wszystkim o to, żeby najlepsi młodzi zawodnicy mieli zapewnione warunki do rozwoju: dostęp do kortów i możliwość trenowania na poziomie około ośmiu–dziesięciu godzin tygodniowo. Mówimy o osobach, które naprawdę chcą potraktować padel poważnie, zawodniczo oraz rozwijać się i walczyć o najwyższy poziom.
Moim marzeniem byłoby pozyskać około miliona złotych i stworzyć takim zawodnikom realną szansę. Uważam, że inwestycja w tę wąską grupę ma sens. Z tych zawodników można później wyłaniać reprezentację na najważniejsze imprezy, organizować mecze kontrolne i budować dalszy system szkolenia. Dzięki takim środkom można byłoby również częściej organizować warsztaty, wysyłać zawodników do zagranicznych akademii albo sprowadzać tutaj trenerów z doświadczeniem międzynarodowym. Regularne szkolenia, na przykład co dwa miesiące, mogłyby zrobić dużą różnicę. Oczywiście mamy w Polsce bardzo dobrych trenerów i nie chodzi wyłącznie o sprowadzanie zagranicznych specjalistów. Gdybyśmy dali naszym trenerom możliwość regularnej pracy z najlepszymi juniorami przez wiele godzin w tygodniu, oni również są w stanie bardzo dobrze wyszkolić tych zawodników. Kluczowa jest jednak systematyczność i stworzenie odpowiednich warunków do treningu.

Zostańmy w temacie trenerów. Czy jednym z priorytetów powinno być również szkolenie i zadbanie o ich rozwój?
Myślę, że zdecydowanie tak. Szkolenie trenerów powinno być jednym z głównych celów zarówno Związku, jak i Federacji. To absolutna podstawa dalszego rozwoju dyscypliny. Trzeba pamiętać, że większość naszych trenerów, jeśli nie wszyscy, wywodzi się ze środowiska tenisowego. To oczywiście daje im bardzo dobrą bazę, ale padel ma swoją specyfikę i wymaga również typowo padlowej wiedzy oraz doświadczenia. Na zachodzie bez problemu można znaleźć trenerów, którzy od początku specjalizują się w padlu i niekoniecznie mają wcześniejsze doświadczenie tenisowe. U nas ten rynek dopiero się tworzy, dlatego rozwój i profesjonalizacja kadry trenerskiej będą niezwykle ważne.
Jak oceniasz pomysł sprowadzania trenerów z zagranicy, szczególnie z bardziej rozwiniętych padlowo krajów?
To jest realne rozwiązanie, które zresztą już obserwujemy w praktyce. W polskich klubach coraz częściej można spotkać trenerów z Hiszpanii, którzy dzielą się swoim doświadczeniem. Nie jest jednak rolą Związku czy Federacji, żeby bezpośrednio sprowadzać trenerów do klubów. To jest przede wszystkim zadanie samych klubów. Związek może natomiast wspierać ten proces w inny sposób, na przykład nawiązując współpracę z zagraniczną akademią i korzystając z jej programu szkoleniowego. Można byłoby stworzyć konkretny system, według którego szkoliliby się polscy trenerzy, a następnie przekazywali tę wiedzę kolejnym zawodnikom, w tym juniorom. Najważniejsze jest bowiem to, żeby szkolenie było oparte na jednym spójnym modelu i żeby trenerzy mieli dostęp do sprawdzonych metod pracy.
Wróćmy jeszcze do Młodzieżowych Mistrzostw Europy. Polska Federacja Padla zapewniła zawodnikom stroje oraz pokryła opłatę startową, natomiast pozostałe koszty wyjazdu ponieśli rodzice. Czy taki model finansowania jest standardem w innych europejskich krajach?
Nie, to nie jest standard. Docelowo takie wyjazdy powinny być finansowane w ramach współpracy ze strukturami państwowymi. Ministerstwo Sportu powinno wspierać takie działania, a Związek, mając dostęp do tych środków, mógłby finansować udział reprezentacji w międzynarodowych imprezach. U nas problem wynika z tego, że nie przeszliśmy jeszcze całej ścieżki formalnej, którą wcześniej przeszły inne dyscypliny. Przez to nie mamy możliwości korzystania z takiego wsparcia ani budowania współpracy z instytucjami, takimi jak w przyszłości Polski Komitet Olimpijski.
Tak oczywiście nie powinno to wyglądać. Mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie sytuacja się zmieni. W Polskiej Federacji Padla zaszły zmiany organizacyjne i liczę, że dzięki temu uda się przejść kolejne etapy oraz stworzyć system, który będzie działał podobnie jak w innych sportach.

Obecnie padel nie ma odrębnego podmiotu wpisanego do wykazu polskich związków sportowych prowadzonego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Jak sam przyznajesz, mocno ogranicza to możliwość rozwoju padla w Polsce. Jak to możliwe, że od 2017 roku Federacja nie przeprowadziła tej procedury?
To nie jest pytanie do mnie i trudno mi to oceniać. Nie wiem, dlaczego wcześniej nie zostało to zrobione. Mogę jedynie powiedzieć, że ktoś w przeszłości nie wykonał tej pracy i ten etap wciąż pozostaje do nadrobienia.
Czy w takim razie można spodziewać się, że stanie się to w najbliższym czasie?
Myślę, że chęci są po obu stronach. Natomiast wydaje mi się, że wcześniej musi dojść do porozumienia i prawdopodobnie połączenia sił Związku i Federacji. Jeżeli powstanie jedna, wspólna organizacja, znacznie łatwiej będzie rozmawiać z instytucjami państwowymi. Ministerstwo zazwyczaj niechętnie angażuje się w sytuacje, w których w danej dyscyplinie istnieją konflikty, niejasności albo funkcjonują dwie różne organizacje reprezentujące ten sam sport. To naturalnie utrudnia podjęcie współpracy.
Dlatego pierwszym krokiem powinno być uporządkowanie sytuacji wewnętrznej, a następnie rozpoczęcie formalnych działań wobec Ministerstwa Sportu. Trzeba jednak pamiętać, że to również będzie proces, który wymaga czasu. Realnie uważam, że samo przejście całej ścieżki może potrwać około roku – i to jest raczej absolutne minimum.
Z jakich krajów Polska powinna czerpać wzorce, jeśli chodzi o szkolenie młodzieży?
Moim zdaniem nie powinniśmy kopiować rozwiązań od naszych najbliższych sąsiadów, tylko budować własny system, opierając się na najlepszych przykładach z krajów, które są najbardziej rozwinięte pod względem szkolenia padlowego – przede wszystkim Hiszpanii, Francji czy Włoch. To właśnie tam powinniśmy obserwować, jak wygląda praca z młodzieżą i jakie rozwiązania sprawdzają się na najwyższym poziomie. Sam system szkolenia można byłoby stworzyć stosunkowo szybko, bo w dużej mierze mamy już gotowe wzorce. Możemy korzystać z programów szkoleniowych wypracowanych w Hiszpanii. Problemem nie jest więc samo stworzenie systemu, ale przygotowanie odpowiednich trenerów, którzy będą potrafili go realizować, oraz znalezienie większej liczby zawodników, z którymi można będzie pracować.
I tutaj wracamy do punktu wyjścia – potrzebne jest finansowanie. Jeżeli będziemy mieli odpowiednie środki, będziemy mogli stworzyć lepsze warunki treningowe i przyciągnąć więcej dzieci do padla z różnych środowisk społecznych. To oczywiście moje prywatne zdanie, ale uważam, że mistrzowie nie zawsze rodzą się tam, gdzie są największe pieniądze. Najczęściej wyniki są efektem ciężkiej pracy i determinacji. Jestem przekonany, że w Polsce może być wiele talentów, które finansowo nie mogą sobie pozwolić na grę w padla. Zapewne do nich jeszcze nie dotarliśmy i nie daliśmy im możliwości wykonania tej ciężkiej pracy.
Czy Polski Związek Padla planuje w najbliższym czasie wdrożenie nowych rozwiązań i pomysłów dotyczących rozwoju padla juniorskiego w Polsce?
Pracujemy obecnie nad stworzeniem i ujednoliceniem systemu szkolenia. Działa nad tym specjalnie powołana grupa trenerska, która przygotowuje założenia tego systemu. To jednak cały czas jest proces w budowie, dlatego trudno oczekiwać, że w krótkim czasie powstanie gotowy, kompleksowy program. Polski Związek Padla działa od stycznia, więc stworzenie dużego systemu szkolenia wymaga po prostu czasu i dokładnego przygotowania. O szczegółach planów tej grupy najlepiej byłoby, żeby wypowiedziały się osoby bezpośrednio zaangażowane w jej prace.
Ja natomiast pracuję obecnie nad stworzeniem rozbudowanego regulaminu rozgrywek juniorskich, wzorowanego na rozwiązaniach stosowanych przez FIP, między innymi przy turniejach FIP Promises. Chodzi o to, aby stworzyć dokument, który będzie możliwie bliski standardom obowiązującym w największych europejskich federacjach. Niezależnie od tego, jak będzie wyglądała przyszłość organizacyjna padla w Polsce, warto już teraz zbudować solidne podstawy. Regulaminy turniejów, zasady rywalizacji, ale także standardy pracy z młodzieżą powinny być uporządkowane i spójne z międzynarodowymi rozwiązaniami. To jest szczególnie ważne również dlatego, że przy dalszym rozwoju dyscypliny takie standardy będą potrzebne także w kontekście współpracy z instytucjami państwowymi.
Kto odpowiada za stworzenie systemu szkolenia juniorów, o ktorym mówisz?
Za stworzenie systemu szkolenia odpowiada grupa trenerów działająca przy Polskim Związku Padla. Z tego, co wiem, w grupie odpowiedzialnej za szkolenie są między innymi Władek Średniawa, Marcin Maszczyk, Karol Krawczyński, Maciek Naduk oraz Mateusz Miroński. To osoby, które bardzo dobrze znają się na padlu i można powiedzieć, że reprezentują ścisłą czołówkę naszego środowiska. Od początku zależało nam na tym, żeby nad takim systemem pracowali ludzie z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem. Dlatego właśnie zwracaliśmy się do tych trenerów i prosiliśmy ich o zaangażowanie w ten projekt.

Zaczęliśmy rozmowę od Mistrzostw Europy, to i na nich zakończmy. Co Twoim zdaniem jest największym pozytywem udziału Polski w tym turnieju?
Poza samym wynikiem, który rzeczywiście na papierze nie był dla nas satysfakcjonujący, najważniejsze jest zdobyte doświadczenie. Sam fakt, że pojechaliśmy na taką imprezę, jest dla nas dużym sukcesem. Dwa lata temu organizowaliśmy taki wyjazd trochę na ostatnią chwilę i wtedy tak naprawdę dopiero zaczynaliśmy budować cały system. Dzisiejszy wynik zawodników U14 pokazuje jednak, że tamto doświadczenie, które zdobyli, połączone z kolejnym rokiem treningów, przyniosło efekty. Dzięki temu byli w stanie teraz wygrywać mecze na arenie międzynarodowej.
Myślę, że część zawodników, którzy w tym roku przegrali swoje spotkania, za rok będzie zdecydowanie mocniejsza. Jeżeli będziemy dalej robić to, co robimy – rozwijać rozgrywki, organizować turnieje i budować system szkolenia – to ten poziom będzie tylko rósł. Nie widzę powodów, dla których miałoby być odwrotnie. Oczywiście można powiedzieć, że potrzebujemy większego wsparcia, większych środków czy możliwości wysyłania zawodników do najlepszych akademii za granicą. To byłby idealny scenariusz, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Nie jest łatwo z dnia na dzień zmienić życie młodego zawodnika i zdecydować, że będzie profesjonalnie grał w padla, szczególnie że na świecie naprawdę niewielu zawodników jest w stanie utrzymać się wyłącznie z gry. Dlatego najważniejsze jest teraz systematyczne budowanie podstaw – zwiększanie liczby grających dzieci, rozwój trenerów i tworzenie warunków, w których najlepsi będą mogli dalej się rozwijać.